czwartek, 9 kwietnia 2015

Zarys rozkładu / Précis de décomposition

 O melancholii

Skoro nie możemy wyzwolić się się od siebie, z rozkoszą pożeramy siebie. Na próżno będziemy wzywać Księcia Ciemności, który mógłby nas obdarzyć konkretnym przekleństwem - jesteśmy chorzy mimo braku choroby, potępieni mimo braku grzechu. Melancholia to egoizm pogrążony we śnie: nie dostrzegasz nic na zewnątrz siebie, żadnych przedmiotów miłości lub nienawiści, wciąż tylko to samo tęskne bagno, wciąż na nowo ten sam upadek potępionego w świecie bez piekła, nieustająca pasja umierania... O ile smutek zadowala się ograniczonymi ramami wyznaczonymi przez fortunę, o tyle melancholii potrzebna jest rozpusta przestrzeni, pejzaż nieskończoności, by mogła rozsiewać swoje posępne, mgliste wdzięki, swój bezkształtny ból, który nie tylko wzbrania się przed uleczeniem, ale też boi się wyznaczenia granic swego rozproszenia i swego falowania. Melancholia, ten przedziwny kwiat miłości własnej, rozkwita pośród trucizn, z nich czerpie swoje soki, siłę swojej słabości. Karmi się tym, co ją truje, pod swą melodyjną nazwą skrywa Dumę Porażki i Rozczulanie się nad sobą...
Emile M. Cioran, Zarys rozkładu, przeł. Magdalena Kowalska, Wydawnictwo KR, Warszawa 2006, s. 153.

***
Hiszpania

Każdy naród w swoich dziejach na swój sposób wyraża boskie przymioty, ale żarliwość Hiszpanii pozostaje jedyna w swoim rodzaju. Gdyby udzieliła się reszcie świata, Bóg wyczerpałby się i pozostał ogołocony, opróżniony z samego Siebie. Dlatego właśnie, ze strachu przed ostatecznym zniknięciem, w odruchu samoobrony, pozwala, by w jego krajach rozkwitał ateizm. (...)
          Świętość  zawsze jest mniej lub bardziej hiszpańska: gdyby Bóg był cyklopem, Hiszpania byłaby jego okiem.
Tamże, s. 184-185.




wtorek, 10 lutego 2015

Samotność Portugalczyka


           Ale choć turyści są częścią składową każdego popularnego miasta, to nie da się ukryć, że mącą nieco jego prawdziwy wizerunek. Lizbonie nadają dynamiczności i nerwowości. Prawdziwe życie portugalskiej stolicy przypomina jednak bardziej powolne ruchy Marii, staruszka i pucybuta niż gorączkowe przemieszczanie się turystów z jednego punktu widokowego do drugiego. Więcej tam spoczynku niż pobudzenia. Dlatego staram się wymazać turystów z obrazu Lizbony. (...)
            Turyści w zderzeniu z Lizboną i tak są bezsilni. Wim Wenders w filmie Lisbon Story wyznał, że im bardziej przypatrywał się miastu, tym bardziej się ono cofało. Jakby cząstkę chciało zostawić dla siebie. Zrozumiał, że nie da się poznać go do końca, jeśli nie jest się Portugalczykiem. I trzeba się z tym pogodzić. Podróżnik zawsze tylko prześlizguje się po ciele obcego miejsca, rzadko kiedy trafi na nerw, który poprowadzi go głębiej. Pozostaje przyglądanie się. Dlatego gdy momentami Lizbona lub jej mieszkańcy nie chcieli się przede mną otworzyć, nie naciskałam. Patrzyłam na nią i próbowałam ogarnąć. Obraz za każdym razem układał się inaczej. Jak dowolnie wybrany zestaw azulejos. Mozaika.
Iza Klementowska, Samotność Portugalczyka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2014, s. 194-195.



poniedziałek, 2 lutego 2015

Pochwała macochy / Elogio a la madrastra

         
            "Ty, to nie ty, ale moja wyobraźnia", szepce jej on - jak mi wyznała - kiedy ją kocha. "Dziś nie będziesz Lukrecją, lecz Wenus, dziś z Peruwianki przeistoczysz się we Włoszkę, a z istoty ziemskiej w boginię i symbol".
          Być może rzeczywiście tak się dzieje w wyrafinowanych rojeniach Don Rigoberta. Ale ona nadal jest realna, konkretna, żywa jak niezerwana z krzewu róża lub śpiewający ptak. Czyż nie jest piękną kobietą? Tak, przepiękną. Przede wszystkim w tej właśnie chwili, kiedy zaczynają się budzić jej instynkty dzięki przemyślnej alchemii długo brzmiących nut płynących z organów, drżącym spojrzeniom muzyka i żarliwym sprośnościom, które sączę jej do ucha. Moja lewa dłoń, na jej piersi, czuje, jak jej skóra z wolna napręża się i rozgrzewa. Jej krew zaczyna wrzeć. Jest to właśnie chwila, w której ona osiąga pełnię lub (by rzec to uczenie) stan, zwany przez filozofów absolutem, przez alchemików zaś transsubstancją.
Mario Vargas Llosa, Pochwała macochy, przeł.  Carlos Marrodán Casas, MUZA SA, Warszawa 2004, s. 87-88.

 okładka wydawnictwa Znak


          "Tú no eres tú sino mi fantasía", dice ella que le susurra cuando la ama. "Hoy no serás Lucrecia sino Venus y hoy pasarás de peruana a italiana y de terrestre a diosa y símbolo".
           Tal vez sea así, en las alambicadas quimeras de don Rigoberto. Pero ella sigue siendo real, concreta, viva como una rosa sin arrancar de la rama o una avecilla que canta. ¿No es una mujer hermosa? Sí, hermosísima."


środa, 28 stycznia 2015

Wschód

         
           Nie wiadomo, po co się wyjeżdża. Wszystko jest zbyt męczące, by nazwać to przyjemnością. Sraczka, udar słoneczny, choroba wysokościowa. W kieszeni stale masz papier i mokre chusteczki. Poruszasz się w nieznanej przestrzeni i zastanawiasz, czy zdążysz. Zastanawiasz się, jak daleko możesz odejść od miejsca, w którym jest coś na podobieństwo kibla. Wieczorem trzęsiesz się w śpiworze, jakbyś miał grypę, ale to od słońca. Serce bije szybkim, podskórnym rytmem i nie można spać, bo wjechać na te cztery tysiące metrów na łeb na szyję, bez przygotowania. Wszystko, co widzisz, cały ten nadprzyrodzony i przedwieczny Pamir, przesłonięte jest zmęczeniem, cielesnością. Własne, ale nieco obce ciało odgradza od cudowności świata. Tak. Oprócz bagażu dźwigasz ciepłe mięso. Im dalej od domu, tym cięższe. Trudno o nim zapomnieć. Przypomina, domaga się w dzień i w nocy. Można napić się koniaku Biszkek, ale tak wysoko słabiej działa i tylko powiększa bezsenność na kolorowych dywanach. Któregoś wieczoru, może po tym płaskowyżu za rzeką, poszedłem do łaźni. Byłem ledwo żywy. Łaźnia miała wielkość dwóch wychodków. Na cementowej podłodze stał baniak z ciepłą wodą i drugi z zimną. Na drewnianej ławie leżał czerpak i stało wiadro. Pomieszałem zimną z gorącą. Zacząłem się polewać. Ledwo żywe ciało i skórę spiekłą od soli, którą sama wydzielała w upale. Zaznałem w życiu wielu przyjemności, ale to była jedna z większych. Wystarczyło pół wiadra wody przywiezionej za pieniądze Bóg wie skąd i trochę saksaułowych patyków zebranych na pustyni. W łaźni było okienko. Wychodziło na wschód, za rzekę, na góry. Nad górami wschodził księżyc. Była pełnia. Podnosił się srebrny i wielki, jakby wyruszał z Sinciangu, jakby wstawał z Chin. Nie wiem, po co się wyjeżdża. Żeby usłyszeć o poranku turkot blaszanej taczki? Żeby z okienka łaźni jak dwa sraczyki zobaczyć księżyc na Ujgurem? Że nie Buchara, nie Samarkanda, tylko to? Niewykluczone.

Andrzej Stasiuk, Wschód, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014, s. 195-196.





  
  

niedziela, 25 stycznia 2015

Inés, pani mej duszy / Inés del Alma Mía


          Owe słuszne racje przydały mi się w latach przymusowej czystości, w których moje serce nauczyło się żyć w okowach, jednak ciało nigdy nie przestało domagać się swego. W Nowym Świecie powietrze jest gorące, rozpala zmysły, wszystko jest bardziej nasycone, kolory, zapachy, smaki; nawet kwiaty ze swymi straszliwymi aromatami i owoce, ciepłe i lepkie, skłaniają do lubieżności. W Cartagenie i potem w Panamie zaczęłam wątpić w zasady, jakimi kierowałam się w Hiszpanii. Moja młodość przemijała, życie przeciekało mi przez palce... Kogo obchodziła moja cnota? Kto mnie oceniał? Doszłam do wniosku, że w Indiach Bóg  musi być bardziej wyrozumiały niż w Estremadurze. Skoro przebacza zbrodnie popełnione w jego imię przeciwko tysiącom Indian, z pewnością wybaczy biednej kobiecie chwilę słabości.
 Isabel Allende, Inés, pani mej duszy, tł. Marta Jordan, MUZA SA, Warszawa 2008, s. 101-102.


niedziela, 14 grudnia 2014

Nuda / La noia

          
          W tych dniach rządziła mną więc niezwykła niecierpliwość. Nic z tego, co robiłem, nie podobało mi się i nie wydawało mi się godne zrobienia; z drugiej strony nie umiałem sobie wyobrazić nic, co mogłoby mi sprawić przyjemność i zająć mnie na dłużej. Ustawicznie wchodziłem do pracowni i wychodziłem z niej pod jakimś błahym pretekstem, wynajdywanym, żeby w niej nie przebywać: szedłem po papierosy, których nie potrzebowałem, na kawę, na którą nie miałem ochoty, kupić gazetę, która mnie nie ciekawiła, obejrzeć wystawę, która nie interesowała mnie w najmniejszym stopniu, i tak dalej. Z drugiej strony czułem, że wszystkie te zajęcia są tylko gorączkowymi przebraniami nudy, i doznanie to było tak przejmujące, że czasami nie udawało mi się nawet doprowadzić sprawy do końca, i zamiast kupić gazetę, napić się kawy, czy zwiedzić wystawę, zrobiwszy kilka kroków, wracałem do pracowni, z której wypadałem w pośpiechu parę minut wcześniej. Jednak w pracowni, rzecz jasna, także czekała na mnie nuda i wszystko zaczynało się od początku.
           Brałem do ręki książkę; miałem w domu małą bibliotekę, zawsze lubiłem czytać, teraz jednak szybko męczyłem się lekturą - powieści, eseje, wiersze, sztuki teatralne, w całej literaturze świata nie było choćby jednej strony, która przykułaby moją uwagę. Zresztą dlaczego miałoby tak być? Słowa to symbole przedmiotów, a z przedmiotami, jak już powiedziałem, nie miałem w chwilach nudy kontaktu. Odkładałem więc książkę albo w przystępie złości rzucałem ją w kąt i pocieszałem się muzyką. Miałem doskonały gramofon, podarunek od matki, i może z setkę płyt. Ale ten, kto powiedział, że muzyka oddziałuje zawsze, że zmusza do słuchania nawet najbardziej roztargnioną osobę, był mało precyzyjny. W rzeczywistości moje uszy odmawiały nie tylko słuchania, ale wręcz usłyszenia muzyki. Poza tym, gdy miałem wybrać płytę, paraliżowała mnie myśl: jakiej muzyki można słuchać w chwilach nudy? Wyłączałem więc gramofon, rzucałem się na sofę i zaczynałem rozmyślać o tym, co mógłbym robić.
          Uderzyło mnie przede wszystkim, że nie chce mi się robić absolutnie nic, mimo iż gorąco coś robić pragnę. Każda rzecz, jaką mógłbym zrobić, jawiła mi się połączona niczym syjamski brat ze swoim przeciwieństwem, czyli niechęcią do jej wykonania. Czułem więc, że nie mam ochoty spotykać ludzi, ale nie chcę też przebywać w samotności; że nie ciągnie mnie do podróże, ale nie chcę dalej mieszkać w Rzymie; nie chcę malować i nie chcę przestać malować; nie chcę ani spać, ani czuwać; nie nęci mnie seks ani brak seksu; i tak dalej. Mówię: “czułem”, ale powinienem raczej powiedzieć, że przepełniała mnie odraza, obrzydzenie, przerażenie. 
         Niekiedy, oddając się majakom nudy, zadawałem sobie pytanie, czy nie chcę czasem umrzeć; było to pytanie najzupełniej uzasadnione, zważywszy na fakt, że tak bardzo nie podobało mi się życie. Wtedy jednak stwierdzałem ze zdumieniem, że chociaż nie lubię żyć, nie chcę także umrzeć. Tak więc alternatywy , które niczym w złowieszczym balecie paradowały w moim umyśle, nie zatrzymywały się nawet w obliczu ostatecznego wyboru między życiem a śmiercią. W rzeczywistości przychodziło mi czasami do głowy, że nie tyle chcę umrzeć, ile nie chcę żyć dalej w taki sposób.

Alberto Moravia, Nuda, przeł. Monika Woźniak, W.A.B., Warszawa 2010, s. 31-32.